Czekanie na autobus 3 godziny w siąpiącym deszczu. Pobudka codziennie o 4 rano, żeby zdążyć na jedyny poranny pociąg do pracy. Trzy przesiadki, a i tak zostaje spory kawałek do przejścia. Niepewny powrót do domu.

Pytanie samego siebie w myślach, czy może tym razem przyjedzie? Czy warto czekać? Czy uda mi się usiąść? Czy dojadę na miejsce? Czy kiedyś się to zmieni?

Białe plamy. Miejsca na mapie Polski, do których nie dojeżdża kompletnie nic. Wsie, miasta, miejscowości, osiedla, mieściny i osady pozbawione jakiejkolwiek komunikacji publicznej. Wykluczone komunikacyjnie, a co za tym idzie – również społecznie.

To nie tylko brak możliwości dojazdu. To również ograniczenia w swobodnym wyborze. Ustalanie rytmu dnia według skromnego rozkładu jazdy. Jak pisze Olga Gitkiewicz w swoim reportażu „Nie zdążę”, wykluczenie komunikacyjne to także: „końcówki filmów znane tylko z opowieści. Zajęcia dodatkowe,w których się nie uczestniczy. Zbierane miesiącami kwitki z zaświadczeniami o opóźnieniach. Wizyty u lekarzy które się nie odbyły. Randki na które nie udało się zdążyć i związki których nie udało się utrzymać.”

Nie myślimy o komunikacji publicznej w kategorii naszego prawa. Traktujemy ją jak coś, co albo jest, albo czego nie ma. Czym różni się możliwość dojazdu do szkoły lub pracy od zapewnienia nam edukacji czy opieki medycznej? Transport publiczny jest w większości przywilejem mieszkańców dużych miast. Chociaż to też nie zawsze jest prawdą. Grudziądz, miasto zamieszkane przez prawie 100 tysięcy osób, od 2009 roku nie posiada żadnego połączenia dalekobieżnego. Nie posiada też zelektryfikowanej kolei (drugie takie największe miasto w Polsce, po Gorzowie Wielkopolskim). I to wszystko w sytuacji, gdzie 40% Polaków dojeżdża do pracy poza swoim miejscem zamieszkania. Gdzie popyt na usługi komunikacyjne jest ogromny, ale jakby niezauważalny.

Często nie ma innej możliwości niż posiadanie samochodu. W tej kategorii bijemy na głowę mieszkańców Europy Zachodniej. Nasza samochodoza jest większa niż m.in. w Austrii, Niemczech, Hiszpanii czy Francji. Posiadamy aż 672 zarejestrowane samochody w przeliczeniu na 1000 mieszkańców. Trzy na cztery gospodarstwa domowe w Polsce mają co najmniej jeden samochód (nie wspominając już o ich średnim wieku…).

Mimo, że termin wykluczenia komunikacyjnego pojawia się w przestrzeni publicznej od dobrych kilku lat, to nadal nie ma ono dokładnej definicji ani prowadzonej statystyki. Z prostych, własnych obliczeń, sumując mieszkańców gmin, które na organizację transportu nie wydają ani złotówki i odejmując od nich osoby posiadające prawo jazdy – wychodzi ogromna liczba 11,4 miliona osób doświadczająca zjawiska wykluczenia. Ponad jedenaście milionów osób, którzy codziennie muszą martwić się i kombinować jak dojechać tam, gdzie muszą. W tym osoby starsze oraz z niepełnosprawnościami. Pozostawione same sobie. Czy wyobrażamy sobie sytuację, gdzie prawie co trzeci obywatel Polski nie ma możliwości nauki? Lub pójścia chociażby do lekarza rodzinnego? Marginalizujemy problem wykluczenia komunikacyjnego, bo w większości nie dotyczy ono nas samych.

Dla władz to zjawisko często nie istnieje. I to nie tylko na najwyższym szczeblu – to głównie samorządowcy udają, że problemu nie ma. Nie badają, nie analizują, nie szukają potrzeb transportowych mieszkańców. Mówią jedynie o „gasnącym popycie”. Czy to dziwne w sytuacji, kiedy podaż transportowa praktycznie nie istnieje? Nikt nie chce brać odpowiedzialności za organizację przewozów na swoje barki. A świadomość problemu to pierwszy krok do rozwiązania go. Rząd w 2019 r. zapewnił 300 mln zł dla jednostek samorządu terytorialnego, aby poprawić funkcjonowanie komunikacji na ich obszarze.

Samorządy i władze województw złożyli wnioski na kwotę… niecałych 18 mln zł.

Problemem nie są pieniądze.

Problem jest dużo bardziej złożony.

Lata parcia na posiadanie samochodu, rozbudowywanie sieci drogowych bez uwzględnienia węzłów dla autobusów, niechęć samorządów do organizacji przewozów, brak porozumienia na poszczególnych szczeblach władzy oraz odzwyczajenie Polaków, że transport to usługa publiczna.

Czas na zmiany.

_________________________________________________________________________________________________

Kuba Skrzypski

Zdjęcia: Antoine Beauvillain, Barthelemy de Mazenod, Samuel Foster ze źródeł Unsplash

1 thought on “Wykluczenie komunikacyjne, czyli jak nie dojechać na miejsce

  1. Pochodzę z małej wsi w Wielkopolsce, dopóki nie miałam samochodu byłam skazana na autobusy, teraz jak zauważam autobusów jeździ coraz mniej a są osoby dla których to jedyny transport do szkoły czy lekarza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.