Aqua alta. Wielka woda.

To ona w ostatnich latach sieje ogromne spustoszenie na wyspowej części Wenecji.

Podniesiony poziom wód na lagunie, wzmocniony dodatkowo przed silne prądy, zadaje tkance miejskiej nieodwracalne szkody. Fale zalewają między innymi Plac i Bazylikę św. Marka, gdzie przechowywane są bezcenne freski. Poziom wody na placu sięga nierzadko aż 1,5 m.

Turyści, których woda wcale nie odstrasza, bez ogródek zaczęli traktować plac jako pełnowymiarowy (a nawet ponadwymiarowy) basen pływacki i przemierzają go… kraulem.

Import kaloszy do Wenecji to jeden z najlepszych biznesów, jakie można tam prowadzić.

W końcu Wenecja jest nazywana miastem na wodzie, więc to chyba naturalna kolej rzeczy?

Nie do końca.

Tak gwałtowne i intensywne opady deszczu paraliżują codzienne życie mieszkańców. Woda wlewa się strumieniami do budynków, podtapia piwnice, pozbawia prądu i utrudnia jakąkolwiek komunikację miejską (nawet promami i taksówkami wodnymi). Dryfujące swobodnie po lagunie gondole to w trakcie powodzi nikogo niedziwiący widok.

Dlaczego fale i powodzie są coraz większe?

Naturalnie występujący przypływ między jesienią a wiosną to główny winowajca. Jeśli dołożymy do tego wiatry sirocco i bora, to zaczyna robić się nieciekawie, bo woda nie ma jak opadać, tylko jest bez przerwy podnoszona. Podnoszenie się poziomu wód w morzach na całym świecie to kolejna siła napędowa dla powodzi.

Przyczyną wysokich przypływów jest też masowe od kilkunastu lat zawijanie ogromnych wycieczkowców do portu w Wenecji. Niszczą tym samym nabrzeże, zanieczyszczają wodę i uszkadzają kruchą strukturę miasta, które jest przecież położone na wielu tysiącach wbitych w bagniste podłoże palach. Nikt, oprócz władz Wenecji, nie chce jednak powstrzymać skomercjalizowanej turystyki, która zapewnia, w skali kraju, olbrzymie dochody. Miliony turystów (rocznie to nawet 30 milionów osób) zostawiają w restauracjach, sklepach i atrakcjach Wenecji miliony euro.

Według najbardziej drastycznych prognoz, miasto za 25 lat stanie się Atlantydą – tym razem realną – zatopioną całkowicie pod wodą.

Czy da się tego uniknąć?

Od największej w historii Wenecji powodzi, kiedy poziom wody sięgał 194 cm, minęły jak dotąd 54 lata. Tyle samo trwają prace nad uratowaniem miasta przed całkowitym zalaniem.

Jednym z kluczowych planów walki z żywiołem było postawienie barier na Morzu Adriatyckim, które miały blokować wodę przed wdarciem się do miasta.

Głównym projektem rozpoczętym w 2003 roku jest system przeciwpowodziowy MOSE. Tak jak biblijny Mojżesz (od którego imienia pochodzi nazwa systemu) rozstąpił Morze Czerwone, tak włoska konstrukcja inżynierska ma na celu zatrzymanie wody w różnych częściach laguny.

System ochrony składa się z 78 zapór hydraulicznych, śluz wodnych i ogromnych falochronów. Zapory są ulokowane w kilku miejscach przed wyspą, tworząc razem ruchome bramy. Bariery mają od 18,5 m na 20 m do nawet 29,5 m na 20 m.

Rysunek schematyczny umiejscowienia barier. Źródło: Ministerstwo Infrastruktury i Transportu Włoch

W bezpiecznych warunkach, kiedy woda jest na normalnym poziomie, zapory napełnione wodą spoczywają poziomo w morzu. W sytuacji przypływu wody, napełniane są sprężonym powietrzem, które opróżnia je z wody i powoduje obrót wokół własnej osi i uniesienie ich nad powierzchnię. W ten sposób woda opiera się na blokadzie i nie ma sposobu na dostanie się do miasta.

Schemat działania systemu MOSE. Źródło: Ministerstwo Infrastruktury i Transportu Włoch

Konstrukcja nie jest jeszcze całkowicie ukończona (co ma nastąpić w 2021 roku), a jej koszt już wzrósł z planowanych 1,6 aż do 6 miliardów euro.

Czy to wystarczy?

Mimo że system już dwa razy uratował miasto przed zalaniem, to może nie być wystarczające. Prognozy podnoszenia się wód na Adriatyku o około 22 centymetry wzięte pod uwagę przy budowie zapór, mogą okazać się zbyt optymistyczne. Bariery trzeba zacząć uruchamiać na 48 godzin przed przypływem, co nie zawsze udaje się zrobić na czas. Opóźnienie o kilka godzin, tak jak w listopadzie 2019 roku, spowodowało ponowne zalanie Bazyliki i Placu św. Marka, gdzie ludzie brnęli w wodzie aż po kolana.

Miasto w najbardziej niekorzystnym scenariuszu rozważa nawet przeniesienie najbliżej położonych wody budynków i podniesienie ich kilka metrów wody, żeby opóźnić proces tonięcia.

Czy takie projekty są w ogóle realne? I czy miasto da się uratować, czy jesteśmy jednym z ostatnich pokoleń, które ma okazję zobaczyć najpiękniejsze miasto na wodzie?

______________________________________________________________________________

Jakub Skrzypski

Zdjęcia: Nastya DulhiierEgor Gordeev@canmandawe
ze źródeł Unsplash

8 thoughts on “Czy Mojżesz uchroni Wenecję przed utopieniem?

  1. Widziałam film dokumentalny, w którym chwalono to ogromne przedsięwzięcie, ale jednocześnie wskazywano na błędy konstrukcyjne, opuszczone zapory nie chciały wracać, gdyż nie uwzględniono masy dostającego się materiału z dna, o zwielokrotnionych kosztach nie wspominając.

  2. zawsze zachwycają mnie takie projekty, swoim rozmachem i sposobem realizacji, ale czy to zadziała, nawet najlepsze obliczenia nie są w stanie przewidzieć, czy coś pójdzie nie tak

    1. Warto jednak podejmować próby i chronić dziedzictwo kulturowe. Pewnie realizacja tego planu będzie opierała się na zasadzie prób i błędów ale myślę że warto.

      1. Liczba obliczeń, symulacji i wariantów opracowywanych przy tego typu projektach jest tak ogromna, że ogranicza ryzyko wpadki praktycznie do zera – ale to prawda, że wszystkiego mimo wszystko nie da się przewidzieć (co dobitnie pokazuje 2020 rok).

    1. Polecam zwłaszcza w mniej turystycznych miesiącach – kwiecień/maj lub wrzesień. Temperatury nadal bardzo przyjemne, a zdecydowanie luźniej w wąskich uliczkach 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.